niedziela, 16 października 2016

Bez Happy Endu

Nie wystarczy, że jesteś lepszy. Musisz jeszcze być skuteczny. To takie truizmy, ale jakże boleśnie znalazły potwierdzenie we wczorajszym meczu, po którym zeszliśmy z boiska z ogromnym niedosytem.
 







      Z nieba do czyśćca ...przez piekło. Takim skrótem można by streścić nasze wczorajsze spotkanie z Żarkami. Po bezbarwnym początku w końcu udało się rozmontować obronę rywala, a Tomek Dubiel, po ładnej akcji dwójkowej Ł.Szczepaniak - M.Gros dokonał "egzekucji". I wydawało się, że jesteśmy już na właściwych torach, że kwestią czasu jest druga, trzecia (a może i więcej) bramka.

 Nic podobnego! Nie minął kwadrans a my już obgryzaliśmy paznokcie po stracie dwóch goli. Nie myli się ten kto nie oglądał meczu i zaryzykuje stwierdzenie, że przynajmniej jedna z nich padła po stałym fragmencie. Owszem, a nawet  więcej: padły obie!
Przy czym ta druga nie po bezpośrednim strzale lecz  po - można powiedzieć - podwójnej dobitce.

No to już jest jakaś klątwa! Mamy  chyba blokadę psychiczną zwłaszcza w naszej strefie obronnej, gdzie zawsze albo jakaś głowa, bądź to noga rywala jest szybsza od naszej, niestety.
Inaczej rzecz  biorąc: gramy zbyt nerwowo we własnej strefie. Brakuje chłodnej głowy która umiała by to wszystko poustawiać i pokierować co niektórymi. Tak to przynajmniej wygląda z mojej perspektywy.

Na szczęście zadziałała "niewidzialna siła perswazji trenerskiej" w przerwie i Brzezina po wznowieniu gry nie pozostawiła wątpliwości kto w tym meczu zachował więcej ochoty do gry.  Natomiast gol Dominika Czernego mógłby być ozdobą nawet extraklasowych boisk.

Dobry choć punkt, ktoś powie. Jednak patrząc na przebieg całego meczu, a zwłaszcza na drugą połowę - jako żywo staje we wspomnieniach nasz wtorkowy reprezentacyjny mecz z Armenią.

Gigantyczna przewaga, sporo sytuacji  strzeleckich i beznadziejna skuteczność. Dobrze, że przynajmniej nasi rywale nie upodobnili się do Ormian i nie wykorzystali swoich kontr, bo takie - a jakże - również mieli. Byłaby prawdziwa rozpacz. Tyle mieliśmy szczęścia popartego świetnymi interwencjami Kulczyka. Choć mówi się, że nie ma dobrych interwencji, a są tylko źle skończone akcje.
Naturalnie takie sytuacje biorą się właśnie z determinacji. Akcja po akcji przesz do przodu, podchodzisz coraz wyżej, co powoduje, że jedno dobre podanie za kołnierz stawia twojego bramkarza w sytuacji nie do pozazdroszczenia. Na szczęście Kulczyk udowodnił, że akcja z pierwszych minut spotkania była tylko szczęśliwym wypadkiem przy pracy, bo przecież przy straconych golach nie miał prawa zbyt wiele zdziałać.

Wracając do porównania z meczem naszej Narodowej, to niestety dalszych analogii nie było bo... nie mamy w naszych szeregach drugiego "Lewego". Choć nasz "etatowy killer" - Dubiel robił co w jego mocy. Dwoił się i troił też Borowczyk, próbował Wójcik i Ochman. Wszyscy bez skutku.

Szkoda. Wielka szkoda, bo to był jeden z tych meczów w których wszyscy czuli, że można było odebrać trzy punkty i rywal nie mógłby mieć najmniejszych uwag.
 Trudno. Na pewno nie możemy mieć pretensji o to, że nie chcieliśmy. Po prostu zabrakło "czegoś". Czasem drobny szczegół, niuans, ułożenie stopy. To się zdarza. Gdy byliśmy w pełni formy, nikt nad tym się nie rozwodził: kosiliśmy wszystko jak leci. Teraz po prostu trzeba przeczekać. Na pewno wszystko wróci na dobre tory.




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz